W ramach podziękowania za zaangażowanie i lojalność (sic!) mój szef postanowił zabrać mnie i jeszcze kilku ludzi z firmy na małą wycieczkę do jego ojczyzny – Irlandii, a dokładniej jej stolicy – Dublina. Jedną z ważniejszych „atrakcji” wycieczki była gala rozdania nagród dla wyróżniających się irlandzkich stron – Golden Spiders 2007, ale do tego jeszcze postaram się wrócić …

Cała moja wyprawa do Dublina rozpoczęła się wcześnie rano w czwartek, kiedy Basia wyrzuciła mnie na krakowskim Kazimierzu. Po krótkiej przejażdżce tramwajem i kilkunastominutowym oczekiwaniu stałem wraz z resztą towarzyszy podróży w Galerii Krakowskiej, czekając na pociąg relacji Kraków-Balice, który miał nas miał w miarę szybko dostarczyć na lotnisko. Krótka podróż, potem jeszcze autobusik i staliśmy w hali terminalu Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Jana Pawła II – ego Kraków-Balice.

Następnie bagaże, odprawa paszportowa i poczekalnia. Po dość długim oczekiwaniu w końcu wpakowano nas do busa, który miał podwieźć nas pod samolot, jednak gdy byliśmy w połowie drogi, zostaliśmy zawróceni i z powrotem wprowadzeni do poczekalni. 3 godziny oczekiwania, przerywanego chwilami „napięcia” (kiedy co pół godziny informowano nas, że dalsze informacje dotyczące naszego lotu zostaną podane … za pół godziny ;-) ) Na szczęście nasze najczarniejsze scenariusze się nie sprawdziły i w końcu z kilkugodzinnym opóźnieniem odlecieliśmy.

Lotnisko w Dublinie przywitało nas dość poważnym zamieszaniem (przynajmniej takie można odnieść wrażenie), a wyjście z terminalu dało nam do zrozumienia, jak bardzo nasz klimat różni się od tego panującego na wyspach … Ostatnim widokiem Polski z okienka samolotu były pokryte śniegiem pola, lasy i drogi – tam okazało się, że jesteśmy zdecydowanie za ciepło ubrani, a śnieg nie padał tam jeszcze chyba od poprzedniego sezonu (o ile wtedy padał ;-) ). Z powodu przygód na lotnisku wywołanych „drobnym problemem technicznym z samolotem” (tak, bo powiedzą coś innego…), mieliśmy poważne opóźnienie, które całkowicie zburzyło plan dnia pracowicie przygotowany przez wielbicielkę wszelkich statystyk, planów i liczb – Grainne – naszą szefową. Złapaliśmy taksówkę, wysłuchaliśmy złośliwych docinek taksówkarza, który żartował z Kasi (Office Manager), która odruchowo zaczęła wsiadać na przednie prawe siedzenie samochodu – „That’s OK, you can drive, if you want … „.

Kilkadziesiąt minut podróży poprzez zakorkowany Dublin i podjechaliśmy do hotelu, gdzie czekał na nas Kevin (CEO) – łaskawie dał nam 10 minut na prysznic (spóźnienie) i zostawienie bagażu. Znowu taksówka i znowu korki. Kilkanaście minut później wysiadka pod „Black Tie” i przymiarka zamawianych przez internet ubrań. Na szczęście godziny mierzenia, przeliczania i liczenia nie poszły na marne, z małym wyjątkiem garnitury pasowały idealnie. Potem cytując Kevina „jeden szibki”(sic!) Guinness w pobliskim pubie, taksówka i przybycie do hotelu, w którym miała się odbyć wspomniana gala.

W ten sposób spóźnieni, ale weseli, dotarliśmy na docelową imprezę. Na każdym kroku spotkały nas miłe niespodzianki, gdy odkrywaliśmy, że cała obsługa począwszy od szatniarza na kelnerach kończąc to … Polacy. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że od pewnego czasu w Irlandii tak po prostu jest – Polacy są wszędzie, a w niektórych miejscach ich zagęszczenie dochodzi do takiego stopnia, że gdyby nie ceny, można byłoby się zapomnieć i poczuć jak w naszym kraju. Bankiet był dość przyjemny, jedzenie bardzo dobre, muzyka przyzwoita, a sama gala profesjonalnie przygotowana i poprowadzona, tyle tylko, że gdzieś po 2 w nocy zauważyliśmy, że jesteśmy jednymi z ostatnich gości, a wokół rozpoczął się już proces poimprezowego sprzątania. Na szczęcie Kevin zrozumiał w czym rzecz – pożegnaliśmy bardziej zmęczoną część naszej ekipy, która wróciła do hotelu i ugościliśmy się w hotelowym barze. Kilka godzin pijackich rozmów, później po krótkiej przejażdżce – hotel i jego najlepsza część – moje łóżeczko … ;-)

4 godziny snu nie pozwoliły nam zarówno na wypoczynek jak i na pozbycie się resztek alkoholu z organizmów. Uratowało nas solidne irlandzkie śniadanie serwowane w hotelu, potem jeszcze wizyta na basenie i w saunie, które „naładowały” nas na tyle, żeby ruszyć w miasto. Jako jedyni posiadacze wytycznych Grainne poprowadziliśmy z Piotrkiem wycieczkę „Dublin to nie tylko Guinness”, swoją drogą to do dzisiaj nie udało nam się ściągnąć po 5€ wpisowego ;-) Potem Kevin zabrał nas na wycieczkę autobusową po mieście; była to wycieczka typu „po lewej mijamy kościół św…., po prawej mijamy park, przed nami pomnik … „, no nic, 1 dzień to zdecydowanie za mało na zwiedzenie miasta tej wielkości; dobre i to, przynajmniej mam teraz jakieś minimalne pojęcie o tym mieście. Pod wieczór zwiedzanie browaru Guinnessa, podziwianie panoramy miasta z tarasu widokowego na jego szczycie, spacer po słynnej O’Connell Street i powrót do hotelu. Prysznic, kolacja w jakiejś „neoamerykańskiej” restauracji i wyprawa z Kevinem na podbój dublińskich pubów/klubów.

Na początek w pubie, w którym nasz szef wymyślił sobie ksywkę ;-) Potem wylądowaliśmy w jakimś klubie i co tu dużo pisać ?! Osobiście widok kilkunastu przerośniętych (w sensie otyłościowym), wywijających na parkiecie Irlandek zrobił na mnie takie wrażenie, iż chciałem zamienić się z Kevinem następujący interes: pełny „lachonów” Frantic za połowę Dublina i dużo nie brakowało, a dałby się namówić… Cóż, w takim razie pozostanie nam poczekać, aż Donnie O’Tusk zrobi nas u nas drugą Irlandię i mieć nadzieję, że cudowny proces transformacji ominie nasze kobity ;-) Po imprezie, zakończonej, a jakże, o 2:30 zakazem sprzedaży alkoholu i ogłoszeniem końca zabawy, udaliśmy się na postój taksówek. Nietrudno się domyślić, że skoro w całym mieście o jednej godzinie kończą się wszystkie imprezy, to złapanie taksówki do najłatwiejszych nie należy… cóż, taksówki złapać się nam nie udało, za to udało nam się wynająć bryczkę o napędzie 1 konia, po krótkim targowaniu… 5-minutowa przejażdżka wyniosła nas 40€ – cóż, raz się żyje, szczególnie za firmową kasę ;-)

Pobudka w sobotni poranek do najprzyjemniejszych nie należała – znów na ciężkim kacu i znów po 4 godzinach snu. Śniadanko, bieganie po mieście w poszukiwaniu czegoś co było wystarczająco mało „kiczowate”, aby nadawało się na przywiezienie do kraju. Potem już tylko przejażdżka taksówką na lotnisko, odprawa i , tym razem bez opóźnień, start.

Katowice przywitały nas śniegiem i tłumem ludzi na lotnisku oczekujących na swoich krewnych wracających z „saksów”. Potem krótkie czekanie i powrót dwoma limuzynami (sic!) do Krakowa, przy czym muszę dodać, że Kevin nie wynajął limuzyn tylko po to, żeby dostarczyć nam rozrywki. W jego irlandzkim umyśle doszedł on do wniosku, że wynajęcie dwóch limuzyn jest tańsze od wynajęcia busa, który dowiózłby nas do domu – coż, jak widać do solidnego polskiego kombinowania mu sporo brakuje, ale co tam, niech żyje w takim przeświadczeniu, w końcu każdy chyba woli podróżować limuzyną zamiast „gnieść się” w jakimś busiku ;-) Szampan dostarczony wraz z autami tak nas uradował, że pod koniec A4 zadzwoniłem do Kevina, aby zatrzymał konwój… wizyta na Statoil uradowała nas dobrym polskim piwem i dobrymi polskimi … cenami ;-)

Po dotarciu do Krakowa część ludzi była zbyt zmęczona i udała się do domów, jednak pozostała garstka skorzystała z zaproszenia naszego szefa i udaliśmy się do Frantica. Po spotkaniu z dziewczynami (zadzwoniłem z auta do Basi, aby wpadła do centrum) i przebiciu się przez szereg ochroniarzy, selektorów i innych tym podobnych. Wstęp na tę imprezę zawdzięczamy, jak i cały wypad, Kevinowi, bo bez niego nie udałoby nam się w dziennych ciuchach, z walizkami i plecakami dostać do Frantica, w którym odbywała się jakaś „hiper-impreza”. Wypiliśmy kilka kolejnych piwek i wróciliśmy do domów, tym samym kończąc tę wyprawę.

Ogólnie wypad mogę uznać za bardzo udany, naprawdę świetna zabawa przez te kilka dni i masa przemyśleń dotyczących zarówno Irlandii jak i naszego kraju…

From Dublin 2007