Wesele, wesele i po weselu… W poniedziałek dograliśmy jeszcze szereg spraw, które należało załatwić jak najszybciej i udaliśmy się na zasłużone i jakże wyczekiwane wakacje. W poniedziałek wieczorem udało nam się dotrzeć do rzekomo najstarszego węgierskiego miasteczka, leżącego niewiele ponad połowę drogi pomiędzy Wodzisławiem i Rijeką, którego to nazwy z oczywistych powodów nie byliśmy w stanie zapamiętać, a tym bardziej wymówić. Na własny użytek nazwaliśmy je „Szambolany”, a każdy komu będzie zależało przy pomocy atlasu rozpozna prawdziwą nazwę opisywanego miasteczka
Było po 22.00 kiedy stwierdziliśmy, że nie będziemy w stanie dalej prowadzić i musimy zatrzymać się w najbliższej miejscowośći. Spotkliśmy dobrego madziara, który doprowadził nas w okolice pola namiotowego, jednak to ,jak się okazało, był dopiero początek problemów z nocelegiem. Po 22 na wyżej wspomnainy polu namiotowym urzęduje jedynie stróż – prosty węgierski „pilnowacz”, który nie zna żadnego języka poza węgierskim i który nie był w stanie pokazać mi innego cennika niż ten… w jego ojczystym języku. Węgierski jaki jest - każdy wie, ja znam dosyć dobrze angielski, słabo niemiecki i nie mam większych problmów dogadania się z braćmi słowianami korzystając z mieszanki polsko/czesko/chorwackiej. Jednak wszystko to nie wystarczyło i skończyło się na tym, iż po krótkim przedstawieniu pantomimy, wziąłem kartkę i narysowałem namiot, ludziki, autko symbol euro i znak zapytania … uwierzcie, to naprawdę zabolało
Suma sumarum po 5 minutach oraz setkach skomplikowanych obliczeń otrzymałem cenę, która była do zaakceptowania i skończyło się na tym, że postanowiliśmy zostać tam na noc.
Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Prowadziłem od rana z 4-5 godzin kiedy, już dosyć daleko w głąb Chorwacji, postanowiliśmy się zamienić z Basią, która miała doprowadzić nas do celu wtorkowej podróży – Rijeki. W odległości około 130 kilometrów od celu, kiedy teoretycznie czekały nas maksymalnie dwie godziny jazdy po doskonałej chorwackiej autostradzie, mój błogi sen przerwał krzyk Basi, że mam się obudzić bo „z autem jest coś nie tak” – 110*C na silniku i kontrolka informująca o przegrzaniu cieczy chłodzącej. Zjechaliśmy na pobcze, zgodznie z przepisami wykorzystałem kamizelkę i trójkąt, po czym otworzyłem klapę silnika… – uwierzcie, widok, jakiego nie chcecie oglądać będąc 900km od domu
Oszczędzając wszystkich szczegółów tej historii dotyczących palpitacji autka, kontaktu z ubezpieczycielem, dolewaniem wody na środku autostrady i prawie 7 godzinną przeprawą przez naprawdę wysokie góry autem, które co 100m musiało się zatrzymać i „odsapnąc”, oraz szukaniem pola namiotowego po zachodzie słońca w naprawdę sporej Rijece przejdźmy do samego pobytu, zaznaczając jednak fakt, iż pan mgr inż. dokonał drobnej naprawy przy pomocy taśmy izolacyjej, scyzoryka i kawałka przewodu z lampki made in China– viva la maestro McGyver.
Po jednym dniu przymusowego postoju w Rijece, wydaniu kilkustet euro na naprawę samochodu, która (jak się później okazało) niczego nie poprawiła, udaliśmy się na wyspę, a zarazem do miasteczka o tej samej nazwie - Krk, gdzie na jednym z kempingów spędziliśmy kilka naprawdę miłych, ciepłych i „upojnych” nocy







