Od dawien dawna obiecywałem sobie, że kiedyś w końcu wybiorę się na mecz naszej reprezentacji. Dlatego też gdy tylko nadarzyła się świetna możliwość realizacji tego marzenia - spotkanie Polska vs USA w Krakowie - nie zastanawiałem się długo i zdobyłem bilety, o co zresztą naprawdę nie było łatwo. Sama procedura rozprowadzania biletów, bardzo źle przygotowana i przeprowadzona dała mi ogólne pojęcie jak bardzo PZPN daje ludziom w kość i równocześnie jeszcze bardziej utwierdziła w przekonaniu, że w roku 2012 może dojść do katastrofy spowodowanej nie tylko paraliżem komunikacyjnym …
Co się tyczy meczu samego w sobie. Atmosfera na stadionie, pomimo naprawdę zimowych warunków atmosferycznych, na początku była bardzo gorąca i stopniowo (proporcjonalnie do ilości piłek wyciąganych z bramki naszej reprezentacji) opadła do niezbyt imponującego poziomu w okolicach 90 minuty meczu, z resztą co tu dużo pisać, wszyscy z 20 tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie przy Reymonta liczyli chyba na coś więcej niż przegrana 3:0 z reprezentacją kraju, którego większość mieszkańców uważa, że “soccer is for babies”
O samej grze ciężko napisać coś pozytywnego, więc ją pominę… Ogólnie mogę zaznaczyć kolejną pozycję na życiowej liście “To Do”, byłem na meczu reprezentacji i wiem jak to wygląda, chętnie wybiorę się na niego jeszcze raz, żeby w końcu móc pokrzyczeć “Jeszcze jeden”, a nie tylko “Nic się nie stało…”
Po meczu spotkała nas miła niespodzianka w postaci niespodziewanego spontanicznego spotkania z szefem Basi - norwegiem i jej bezpośrednim przełożonym - Amerykaninem, który nie mógł darować sobie niewybrednych żartów pod adresem naszej reprezentacji, odbiliśmy sobie śmiejąc się z kursu dolara i Bush’a
Ogólnie wieczór bardzo udany w domu wylądowaliśmy ok. 3 nad ranem, a ja wchodząc o 11 następnego dnia do mojego biura nie mogłem nadziwić się Basi, która wstawała o 6.00 :O








