wrzesień
17

Budapeszt

Posted In: rodzina, wycieczki by simpo


Family

Originally uploaded by Szymon Porwolik

Pomimo tego, iż woda na opisywanych wcześniej kąpieliskach jest naprawdę cieplutka, a alkohol/jedzenie tanie, to po kilku dniach moczenia zauważyliśmy zaczątki błon pomiędzy palcami, co było dla nas sygnałem alarmowym, iż powinniśmy przerwać odmaczanie i odwiedzić „pobliski” Budapeszt.
Po niecałych trzech godzinach podróży dotarliśmy do stolicy Węgier. Cały dzień wędrówki po najważniejszych atrakcjach turystycznych Budapesztu dał nam pewien obraz miasta, do którego to na pewno będziemy musieli jeszcze raz wrócić – bardziej przygotowani i na kilka dni, gdyż w ciągu tych zaledwie kilku godzin nie sposób poznać olbrzymiego i naprawdę fascynującego miasta.

0
wrzesień
17

Velki Meder

Posted In: wycieczki by simpo


Frogs ;-)

Originally uploaded by Szymon Porwolik
Do węgierskiego celu podróży z poprzedniego wpisu dotarliśmy bez jakichkolwiek problemów, a podczas przejazdu przez miasto dostaliśmy zaproszenie od moich rodziców, którzy jak się okazało spędzali wczasy dosłownie po drugiej stronie Dunaju. Nie namyślając się długo ( i skuszeni ceną 500sk (~55zł) za apartament (aneks kuchenny, łóżko, łazienka) w miejscowości Velki Meder), przekroczyliśmy rzekę i udaliśmy się na spotkanie z rodzicami.
Kolejne dni upłynęły nam na wizytach w przeróżnych kąpieliskach termalnych , których naprawdę sporo można znaleźć na pograniczu słowacko-węgierskim. Ciepła woda i naprawdę niskie ceny alkoholu sprawiły, iż szybko zapomnieliśmy o przygodach z samochodem oraz o Chorwacji, wizyta w której (króciutka, ale jakże „intensywna”) pozostawiła nam po sobie… tylko niedosyt. Naprawdę spory. Przyzwyczajony do naciąganych krakowskich cen z przyjemnością piłem piwko za całe 20sk (~2.2zł) - i to nie byle jakie piwo, bo legendarnego Zlatego Bazanta. Dodatkowo cena ~35zł za całodniową wizytę w aquaparku, saunach, poddaniu się aromatoterapii i wymoczeniu się w jacuzzi sprawiła, iż na pewno słowackie kąpieliska będą celem niejednego naszego weekendowego wypadu. Podsumowując, południową Słowację z całą pewnością polecamy i na specjalne życzenie możemy dostarczyć namiary na naprawdę przyjemne i sprawdzone apartamenty w miejscowości Velki Meder.

0
wrzesień
13

Na północ

Posted In: wycieczki by simpo


Krk by night (I)

Originally uploaded by Szymon Porwolik

Oklepane powiedzenie mówi, że wszystko co dobre się kiedyś kończy,a już teraz wiemy, że znajduje ono także doskonałe zastosowanie do chorwackiej pogody w drugiej połowie września. Pomimo nerwów i worka pieniędzy jakie kosztowało nas przysłowiowe zamoczenie „pisiora w Adriatyku” po krótkim (o wiele za krótkim!) pobycie w Krk-u zostawiliśmy zachmurzone niebo nad Republiką Chorwacką i udaliśmy się na północ w poszukiwaniu „ciepłych wód”. Pisząc te słowa przejeżdżamy właśnie po raz kolejny przez „Szambolany”, uściślając: Basia prowadzi, a ja tworzę, dlatego nie wiem jeszcze, czy nasze „kochane” autko dowiezie na do miejscowości Gyor, w której to wodach termalnych zamierzamy jutro zamoczyć pisiory… jednego w sensie ;-)

0
wrzesień
12

„Das auto”

Posted In: wycieczki, świat by simpo

Wesele, wesele i po weselu… W poniedziałek dograliśmy jeszcze szereg spraw, które należało załatwić jak najszybciej i udaliśmy się na zasłużone i jakże wyczekiwane wakacje. W poniedziałek wieczorem udało nam się dotrzeć do rzekomo najstarszego węgierskiego miasteczka, leżącego niewiele ponad połowę drogi pomiędzy Wodzisławiem i Rijeką,  którego to nazwy z oczywistych powodów nie byliśmy w stanie zapamiętać, a tym bardziej wymówić. Na własny użytek nazwaliśmy je „Szambolany”, a każdy komu będzie zależało przy pomocy atlasu rozpozna prawdziwą nazwę opisywanego miasteczka ;-) Było po 22.00 kiedy stwierdziliśmy, że nie będziemy w stanie dalej prowadzić i musimy zatrzymać się w najbliższej miejscowośći. Spotkliśmy dobrego madziara, który doprowadził nas w okolice pola namiotowego, jednak to ,jak się okazało, był dopiero początek problemów z nocelegiem. Po 22 na wyżej wspomnainy polu namiotowym urzęduje jedynie stróż – prosty węgierski „pilnowacz”, który nie zna żadnego języka poza węgierskim i który nie był w stanie pokazać mi innego cennika niż ten… w jego ojczystym języku. Węgierski jaki jest - każdy wie, ja znam dosyć dobrze angielski, słabo niemiecki i nie mam większych problmów dogadania się z braćmi słowianami korzystając z mieszanki polsko/czesko/chorwackiej. Jednak wszystko to nie wystarczyło i skończyło się na tym, iż po krótkim przedstawieniu pantomimy, wziąłem kartkę i narysowałem namiot, ludziki, autko symbol euro i znak zapytania … uwierzcie, to naprawdę zabolało ;-) Suma sumarum po 5 minutach oraz setkach skomplikowanych obliczeń otrzymałem cenę, która była do zaakceptowania i skończyło się na tym, że postanowiliśmy zostać tam na noc.

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Prowadziłem od rana z 4-5 godzin kiedy, już dosyć daleko w głąb Chorwacji, postanowiliśmy się zamienić z Basią, która miała doprowadzić nas do celu wtorkowej podróży – Rijeki. W odległości około 130 kilometrów od celu, kiedy teoretycznie czekały nas maksymalnie dwie godziny  jazdy po doskonałej chorwackiej autostradzie, mój błogi  sen przerwał krzyk Basi,  że mam się obudzić bo  „z autem jest coś nie tak” – 110*C na silniku i kontrolka informująca o przegrzaniu cieczy chłodzącej. Zjechaliśmy  na pobcze, zgodznie z przepisami wykorzystałem kamizelkę i trójkąt, po czym otworzyłem klapę silnika… – uwierzcie, widok,  jakiego nie chcecie oglądać będąc 900km od domu ;-) Oszczędzając wszystkich szczegółów tej historii dotyczących palpitacji autka, kontaktu z ubezpieczycielem, dolewaniem wody na środku autostrady  i prawie 7 godzinną przeprawą przez naprawdę wysokie góry autem, które co 100m musiało się zatrzymać i „odsapnąc”, oraz szukaniem pola namiotowego po zachodzie słońca  w naprawdę sporej Rijece przejdźmy do samego pobytu,  zaznaczając jednak fakt, iż pan mgr inż. dokonał drobnej naprawy przy pomocy taśmy izolacyjej, scyzoryka i kawałka przewodu z lampki made in China– viva la maestro McGyver.

Po jednym dniu przymusowego postoju w Rijece, wydaniu kilkustet euro na naprawę samochodu, która (jak się później okazało) niczego nie poprawiła, udaliśmy się na wyspę, a zarazem do miasteczka o tej samej nazwie - Krk, gdzie na jednym z kempingów spędziliśmy kilka naprawdę miłych, ciepłych i „upojnych” nocy ;-)

Das Auto

0
wrzesień
10

Przepraszamy za brak aktualizacji w ostatnim czasie, ale (jak nietrudno się domyślić) mieliśmy ostatnio sporo różnych “przerwań” i jakoś nie wystarczyło “weny” do tworzenia kolejnych wpisów. Teraz, w końcu, siedzimy 15m od brzegu Adriatyku, pijemy wino/piwo i korzystając z dobrodziejstwa darmowej-kempingowej- sieci wi-fi i nadrabiamy zaległości…

Na początek trzeba wspomnieć o wieczorze kawalerskim, który - moim zdaniem - wypadł naprawdę rewelacyjnie. Dzięki serdeczne wszystkim za obecność, w końcu niektórzy przejechali naprawdę spory kawał drogi, żeby się razem “napić” tego wieczoru.  Jeszcze raz dzięki, a szczególnie Mateuszowi i Tomakowi za dogranie całej sprawy :D Udało mi się spełnić jedno z moich odwiecznych marzeń, jakim było zwiedzenie kabiny motorniczego. Szkoda tylko, że nie dane było mi  poprowadzić tego tramwaju – z uwagi jednak na stan, w jakim się wtedy znajdowałem, chyba to i dobrze… ;-)

Skoro wieczór kawalerski to i wesele, które zgodnie ze wszystkimi planami odbyło się 6 września w “Zameczku” w Chałupkach. Nie wiem, jak goście odebrali tę imprezę, ale zgodnie z Basią stwierdziliśmy,  że jeśli ktokolwiek bawił się na nim choć w 10% tak dobrze, jak my, to przypuszczalnie i tak była to najlepsza impreza jego życia ;-) Jeszcze raz dziękujemy wszystkim gościom za naprawdę świetną imprezę i górę prezentów. Po raz kolejny serdeczne podziękowania dla Młodego za dogranie całości i świetne “starostowanie” oraz Kasi, która miała nieprzeceniony wkład w przebieg całej “imprezy” (moje osobiste dzięki za te wszystkie “klękacie!”, “wstajecie!” w kościele ;-)

2