Zrobiło się już późno. Do “Dnia Zero” pozostało… nieco ponad dwa tygodnie. Nie powiem żeby mnie to nie niepokoiło. Całe szczęście jak na razie plan przebiega bez większych zakłóceń: goście zaproszeni, sukienka gotowa, garnitur wisi w szafie, obrączki wybrane, cyrograf spreparowany w USC. Pozostaje jednak niezliczona ilość drobiazgów, o których łatwo zapomnieć (a dobrze byłoby mieć wszystko pod kontrolą), co -nie będę ukrywać - bywa źródłem stresu. Całe szczęście nie wpadamy w panikę (jeszcze).
Udało nam się nawet wybrać w Pieniny podczas długiego weekendu - postanowiliśmy odwiedzić Szczawnicę oraz zwiedzić okoliczne miasteczka i atrakcje.
Pomysł niezły, aczkolwiek realizacja wypadła nie do końca tak jak się spodziewaliśmy: po pierwsze, pojawił się problem z noclegiem. To nie do uwierzenia - nawet w najdroższych hotelach nie było wolnego łóżka. Przez chwilę rozważaliśmy nawet wynajęcie komnaty zamkowej w Niedzicy, niestety, okazało się, że bez rezerwacji ani rusz. 
W rezultacie spędziliśmy upojną noc w naszym przeogromnym Polo. W połowie leżąc, w połowie wisząc (jakoś tak… niełatwo upchnąć się w dwójkę na tylnym siedzeniu). A mogliśmy kupić Passata
Drugą niespodzianką była ilość ludzi upchniętych po różnych zakamarkach Szczawnicy. Wystarczy powiedzieć, że było ich… dużo. Co przekładało się oczywiście na długość korków w drodze powrotnej.
Po intensywnym weekendzie dotarliśmy do domu i na nowo wciągnął nas (przynajmniej mnie, bo Szymon niewzruszony jak skała) wir przygotowań. Ech, byle o września…






