Postanowiliśmy profesjonalnie podejść do nadchodzącego życiowego wydarzenia, rzucić wyzwanie naszej wrodzonej nieruchawości i w związku ze zbliżającym się dniem „0″… zapisaliśmy się na kurs tańca. Początek był dramatyczny. Teraz jest jeszcze gorzej…

Z eleganckich szpilek zrezygnowałam szybko i bez większego żalu. Nogi bolały. Koledzy mieli siniaki… Teraz ja mam siniaki, a nogi i tak boleć nie przestały. Za to koledzy, nie wiedzieć czemu, szalenie szczęśliwi.

Skład naszej grupy, dwa razy w tygodniu walczącej dzielnie z własnym lenistwem, jest żeński w sposób stanowczy i zdecydowany. Panowie to mniejszość, w związku z czym moment zmiany partnera nierzadko przypomina… polowanie. Jurek (Wielce Utalentowany i Poodznaczany Trener) rzuca hasło: „Zapraszam dookoła kółeczka” (moje polonistyczne poczucie smaku krzywi się w tym momencie z niesmakiem) i, zanim zdąży przebrzmieć jego głos, panie podpierające ściany… rzucają się na panów jak, nie przymierzając, sępy jakieś. A ja? Ba! Też się rzucam. Ech, gdzie ta godność…? ;)

Tancerzy płci męskiej Polski Atlas Dziwolągów klasyfikuje w kilku kategoriach: dzięciołów, sflaczalców (tłumaczyć nie trzeba), skrobaczy i prawie-że-profesjonalistów (do tej zalicza się sztuk w porywach 3). Wszystkie te postaci obecne są na naszych treningach. Osobą grupę stanowi jeden zawodowiec, który rozbija się na parkiecie we wszystkie strony, wbijając łokcie w plecy innych par, powodując tym samym gwałtowny popłoch u pań i uderzenia gorącej wściekłości u panów. Ale trzeba mu przyznać, że walca tańczy przepięknie i nawet moja skromna osoba pod jego dowództwem „walcuje” z wielką gracją. Trochę gorzej w układach latynoamerykańskich, bo człowiek strasznie się peszy, kiedy chłopakowi każda część ciała rusza się w inną stronę (on pląsa jak nimfa a ja jak ta kłoda… ;) )

Wracając do przewodnika po gatunkach tancerzy. Najbardziej pospolitym i najczęściej spotykanym gatunkiem są dzięcioły. Trajektoria ich lotu sprowadza się do dwóch elementów: 1. Trzymać zad jak najdalej od partnerki (stąd męska łepetyna często ląduje przy głowie partnerki, stukając w nią niemiłosiernie przy każdym szybszym zwrocie akcji), nie dotykać, nie odzywać się, oddychać. 2. Nie umrzeć. Drugą zasadę najczęściej daje się zrealizować. Ale nie jest łatwo.

Skrobacz, jak sama nazwa wskazuje, z pasją i zacięciem zajmuje się przydeptywaniem, ugniataniem, maltretowaniem i rozkrwawianiem stóp – zarówno tych należących do towarzyszącej mu pani, jak i do osób, które nieopatrznie znalazły się w zasięgu jego kończyn dolnych. Resztę chyba należy pominąć milczeniem.

Podsumowując, każde zajęcia przynoszą naprawdę wiele wrażeń. Zwłaszcza, gdy trafisz na skarłowaciałego partnera, który przez cały taniec obserwuje twój biust (no bo co ma zrobić, jak natura poskąpiła tężyzny?) albo dziewczynę o krzywych odnóżach (z taką to nigdy nie wiesz, w którą stronę popełznie)… Mimo wszystko jednak taniec to świetna zabawa. I robimy postępy. Naprawdę. Jeszcze tylko 14 stopni i już będzie dobrze…