Rozleniwieni dwutygodniowym wypoczynkiem, mieliśmy poważny problem mobilizacyjny, aby w końcu zebrać się i napisać podsumowanie naszego tegorocznego wypoczynku. W końcu trzy tygodnie po powrocie do codziennych obowiązków udało nam się zmobilizować — i w końcu opublikować ten wpis.

Uprzedzam wszystkich, że przez kolejne kilkanaście tysięcy znaków będziemy się rozwodzić nad tym, jak było rewelacyjnie i jak bardzo nam się podobało na słonecznej (i wietrznej) wyspie króla Minosa – dlatego wszyscy, których to nie interesuje — nie muszą męczyć się czytaniem całego wpisu…

Crete / Kreta 2009

Przygotowania

Decyzję o naszym wakacyjnym celu podróży podjęliśmy w okolicach marca. Kombinowaliśmy długo, po czym pewnego dnia po prostu wykupiliśmy komplet biletów na przelot Katowice->Heraklion oraz oczywiście Heraklion->Katowice. Łącznie datę wylotu i przylotu z/do Katowic dzieliło 14 dni.

Pod koniec maja kupiliśmy przewodnik i mapę samochodową Krety, pożyczyliśmy walizki i powoli zaczęliśmy kompletować niewielką ilość bagażu, jaką linie WizzAir pozwalały nam zabrać ze sobą.

W przeddzień odlotu, niezadowoleni trochę wizją spędzenia nocy na lotnisku, spontanicznie – telefonicznie zarezerwowaliśmy samochód kasy Econo… i z niecierpliwością oczekiwaliśmy na samolot.

13 czerwca rodzice odwieźli nas na lotnisko i tak zaczęła się nasza grecka przygoda…

Dzień 1

W Heraklionie (lub inaczej Iraklio) wylądowaliśmy w okolicach 22.00. Pierwszą rzeczą, która dała nam do zrozumienia jak bardzo daleko jesteśmy od naszych rodzinnych stron, była ściana dusznego powietrza, z którą zderzyliśmy się po opuszczeniu klimatyzowanej kabiny Airbusa 320. Na lotnisku przywitała nas tabliczka „Porwolik” trzymana przez młodego Greka, który w zamian za odpowiednią górę euro dał nam kluczyki i umowę najmu naszego wakacyjnego środka lokomocji – samochodu Kia Piccanto LX.

Zmęczeni podróżą, mając do dyspozycji jedynie mapę samochodową i umowny kierunek świata, wskazany przez uprzejmego Greka, ruszyliśmy do planowanego miejsca pierwszego naszego noclegu – kampingu Creta. Sytuacja wyglądała tak: „nowy” samochód, obcy kraj, nic nie mówiące znaki drogowe, ciemność, remonty drogowe, brak oznaczeń na jezdni i szaleni greccy kierowcy – słowem idealny wakacyjny spokój ;-) Tak więc, po jakiś 40 minutach, cudownym zbiegiem okoliczności udało nam się dotrzeć na miejsce. Pierwsza kolacja, szybkie rozbicie obozu (Viva la Quechua), pierwszy grecki alkohol i… milion wygłodniałych, żądnych krwi komarów w naprawdę ciepłą noc – wakacyjne marzenie ;-)

Dzień 2

Po jakiś 4 godzinach snu, cali przepoceni (tylko 1 osobowy namiot udało nam się upchnąć w bagażu), pozbawieni kilkuset ml krwi i nieludzko wkurzeni udaliśmy się na pierwsze spotkanie z morzem (z namiotu – jakieś 100m). Pierwsza kąpiel w cieplutkim morzu, pierwszy wschód słońca i egzotyczny krajobraz wyłaniający się w oddali wraz ze wschodzącym słońcem dał nam do zrozumienia, jak bardzo miło będzie przez kolejne dni.

Po kilku godzinach porannego „rozruchu”, rozlokowaniu się w samochodzie, kąpieli, śniadaniu na plaży w Mali i przygotowaniu planu dnia wyruszyliśmy na płaskowyż Lassithi. Małe górskie wioski, drogi szerokości naszych osiedlowych o szalonych nachyleniach i zwrotach, do tego setki lokalnych szalonych kierowców w poobijanych pick-upach, trąbiących i wyprzedzających w zupełnie nieprzewidywalnych momentach; słowem – południe Europy.

Wieczorem, mocno wymęczeni, doturlaliśmy się na kemping Sissi. Z widokiem na morze i basenem – bajka.

Dzień 3

Przed wyjazdem, nie znając kreteńskich realiów nie mogliśmy dokładnie zaplanować całej wyprawy, znaliśmy jedynie kilkanaście miejsc wartych odwiedzenia i ogólnie zakładaliśmy przemieszczanie się po wszystkich krańcach wyspy zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Dlatego też następnego dnia kontynuowaliśmy naszą podróż w kierunku wschodzącego słońca. Rano odwiedziliśmy Elounde, z kilkusetmetrowego klifu podziwialiśmy wyspę Spinalonga i zapłaciliśmy haracz za 15 minutowy postój na jednej z położonych przy drodze plaż. Dalej przez Ag. Nikolaos udaliśmy się na kemping Gournia Moon, który jak się okazało, przestał już istnieć… przez co późnym popołudniem musieliśmy podjąć trudną decyzję i udać się nad Morze Libijskie (na drugim końcu wyspy – brzmi strasznie, ale byliśmy wtedy w jej najwęższym miejscu), żeby nocować na kempingu Koutsounari, położonym niedaleko Ierapetry – najbardziej na południe wysuniętego europejskiego miasta. Nie wiem, czy to na skutek niezbyt ciekawego wybrzeża, czy też nie rozpoczętego jeszcze sezonu na olbrzymim kempingu nocowaliśmy w dosłownie kilka osób. Z racji naprawdę potężnego wiatru (wyło i świszczało tak, że bez wahania uwierzyliśmy w obecność jakiegoś boga wiatrów w pobliżu), tamtej nocy też nie możemy zaliczyć do najprzyjemniejszej, ale fakt spania pod drzewkiem cytrusowym i palmą daktylową (oraz zrywania pomarańczy prosto z gałęzi) zrekompensował braki w śnie.

Locals

Big Blue
Dzień 4

Rankiem musieliśmy po raz kolejny przebić się w poprzek wyspy, aby dotrzeć do przyjemnej Sitii, z której pojechaliśmy prosto na plaże w Vai i do klasztoru Moni Toplu. Ciekawym zjawiskiem były luźno biegające (czasem wylegujące się na asfalcie!) stada kóz — co odważniejsze egzemplarze podchodziły do samochodu się przywitać.

Wieczorem przez kolejne pasmo gór dotarliśmy do Kato Zakros, najbardziej chyba malowniczo położonej miejscowości na Krecie.  Niestety, położenie na odludziu ma też swoje mniej przyjemne strony – najbliższy kemping okazał się być za daleko, więc zmuszeni zostaliśmy do wynajęcia pokoju nad samym brzegiem morza – nie muszę dodawać, że nie była to tania impreza; w zamian Grek, właściciel pokoi do wynajęcia oraz niedaleko położonej tawerny zaoferował nam parę alkoholowych bonusów, które otrzymaliśmy do kolacji.

Kato Zakros

Kato Zakros

Dzień 5
Rano poznaliśmy parę z Francji, która podobnie jak my wybrała indywidualny wypoczynek. Za drobną przysługę jaką było podrzucenie ich po ich samochód, zrekompensowali się opowieściami o Francji i podsunęli pomysł na odwiedzenie kilku miejsc na wyspie, z których właśnie wracali.

Pałac w Zakros okazał się bezkształtną kupą kamieni, po której chodzenie kosztowało nas kilka dobrych eur0 – trzeba przyznać, że od tego momentu zaczęliśmy z dużą dozą nieufności traktować pozostałe ‘pomniki’ minojskiej kultury.

Z Kato Zakros, przez naprawdę rewelacyjną plaże w Xerokambos, trafiliśmy podobnie jak poprzednio na kemping Koutsunari. Wieczorem wybraliśmy się do Ierapetry, aby na kilkadziesiąt minut zagłębić się w dziesiątki malutkich uliczek i podglądać życie „tambylców” – słowem rewelacja.

Xerokambos

Xerokambos

Dzień 6

Plan kolejnego dnia wiązał się z pokonaniem kilkuset kilometrów górskich dróżek i dotarciu do niedawnej mekki hipisów – Matali. Przejeżdżając przez górskie wioski położone na południu od Heraklionu, nie sposób nie zauważyć podziurawionych kulami znaków drogowych. Nietrudno też ulec wrażeniu, że jest się raczej gdzieś na Dzikim Zachodzie, aniżeli na południu Europy.

Po drodze zatrzymaliśmy się w średniej wielkości górskim miasteczku – w skrócie – wysiadanie z samochodu w miasteczku, w którym znaczna część jego mieszkańców siedzi przy drodze obserwując co się dzieje i będąc jedynym „bladym” w okolicy naprawdę oddaje namiastkę tego, co muszą czuć Europejczycy podróżujący do zdecydowanie bardziej egzotycznych krain. Plusem było to, iż po krótkiej degustacji, udało nam się kupić prawdziwy ser feta „od chłopa”.

Crete / Kreta 2009

Po odwiedzeniu rzymskich ruin w Gortynie, dotarliśmy do Matali. W której okazało się, że kolejny zaznaczony na wszystkich dostępnych mapach kemping przestał istnieć. Minusem spotkanej sytuacji było to, że nie było recepcji, prądu, ciepłej wody i … czystości; Jedynym i zasadniczym plusem był fakt, że pobyt był całkowicie darmowy – postanowiliśmy zostać na dwie noce :-)

Przed snem siedzieliśmy na plaży, kilkadziesiąt metrów od starożytnych grobowców, popijając winem świeże oliwki… słowem – nic przyjemnego ;-)

Matala

Dzień 7

Rankiem, przerażeni ilością ludzi, która zaczęła się gromadzić na matalskiej plaży i ciągle jeszcze niepewni, czy nie zgłosi się do nas ktoś po należność za nocleg postanowiliśmy na kilka godzin cichcem opuścić wioskę i udać się na wyprawę w poszukiwaniu pustej plaży. Po kilku kilometrach szutrowej, bardzo stromej drogi (nie ma to jak autko z wypożyczalni) znaleźliśmy dość długi odcinek naprawdę odludnej plaży. Było warto :)

Wieczorem, po powrocie na znany już kemping, bardzo ucieszyła nas deklaracja innej poznanej francuskiej pary, że dalej nikt nie zgłosił się po zapłatę… Kolejna noc i kolejne litry wypitego wina.

Matala

Dzień 8

Rankiem ze smutkiem opuściliśmy nasz darmowy kemping i po odwiedzeniu górskiego Spili wylądowaliśmy w Plakias. Miasteczko jak wiele innych – nie zrobiło na nas jakiegoś wyjątkowego wrażenia, ale w ramach odpoczynku spędziliśmy kilka godzin na kempingowym basenie.

Crete / Kreta 2009

Wieczorem kolejne wino na plaży. Dzień w większości spędzony na bezproduktywnym smażeniu… nuda ;-)

Plakias

Dzień 9

Jak co dzień rano pobudka i w drogę. Najpierw twierdza Frankocastello, potem krótki postój w Chora Sfakion i kilkadziesiąt kilometrów przez Góry Białe. Po raz kolejny zaskoczyła nas różnorodność  nazw mijanych miejscowości – zwykle każda tabliczka wyglądała inaczej niż nazwa umieszczona na naszej mapie… Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Chanii, pierwszego dużego kreteńskiego miasta, które dane było nam zwiedzić. Miasteczko naprawdę ładne i pełne interesujących miejsc. Jednak jazda samochodem przez zatłoczone ulice, na których prócz wspomnianych pick-upów farmerów występowały inne wypożyczone przez „bladych” autka klasy Economy oraz setki skuterów – wszystko to poruszające się bez wyraźnych śladów organizacji i przewidywalności – po raz kolejny nie ma to jak autko z wypożyczalni i pełne ubezpiecznie ;-)

Zwiedziliśmy muzeum historyczne, pospecerowali po miasteczku, zjedli obiad w położonej na uboczu przyjemniej rodzinnej tawernie (zapiekanka z cukini – szokująca…)  i udaliśmy się na kolejny kamping – Chania.

Frangokastello

Chora Sfakion

Crete / Kreta 2009

Chania

Dzień 10

Udaliśmy się na spotkanie z zachodnim wybrzeżem, na przyjemnej plaży w Phalassarnie wylegiwaliśmy się wraz z kilkoma setkami innych najemców małych kolorowych autek klasy Economy ;-) Ładnie, ale moim zdaniem trochę za ciasno i … brudno. Nieco zasmuceni chmurą zasłaniającymi słońce, postanowiliśmy po raz kolejny przebić się przez centrum wyspy udając się do położonej na południu Paleochory – zyskując tym samym dzień na plażowanie.

W docelowym miasteczku rozbiliśmy obozowisko i udaliśmy się „do centrum”. Siedzieliśmy, jak miejscowy zwyczaj nakazuje, kilka godzin na przybrzeżnym deptaku – obserwując przechodniów i popijając nawet niezłe greckie piwo. Po zachodzie wróciliśmy na kemping Grammeno.

Tego dnia mieliśmy małą arbuzową przygodę. Przejeżdżając przez jakąś wioskę dostrzegliśmy rolnika, który prosto ze swojego samochodu sprzedawał arbuzy. Prowadziłem, więc stając na poboczu poprosiłem Basię, żeby kupiła jakiegoś małego arbuza. Jakież było moje przerażenie, gdy przytargała do samochodu prawie 8 kilowego potwora, bezczelnie jeszcze twierdząc, że to był najmniejszy ;-) Daliśmy mu radę, ale z 8 godzinną przerwą na sen ;-)

Miłym akcentem było spotkanie kolejnej Toyoty Corolli KE70 (jak widać, dziadkowa w znacznie lepszym stanie!).

Paleochora

Paleochora

Dzień 11

Coraz bardziej świadomi nadchodzącego końca naszej greckiej przygody postanowiliśmy cały dzień spędzić na położonej całe 20m od naszego namiotu plaży. Udało nam się w końcu przeczytać trochę więcej z kilku książek, które targaliśmy przez te wszystkie kilometry, a które na wskutek innych aktywności nie miały do tej pory jakoś okazji nas zainteresować.

Wieczorem, lekko upojeni leżeliśmy na plaży podziwiając niebo, które w odróżnieniu od naszego zanieczyszczonego światłem jest naprawdę „bogate”. Dodatkowo miałem kilka pomysłów na zabawę aparatem, efekty poniżej…

Wife's dark side

Wife's good side (fake!)

Dzień 12

Po pobudce, wizycie na ładnej, ale zadeptanej plaży w Elafonissi i przejechaniu łącznie przeszło 200km udało nam się zaparkować pod słynną wenecką twierdzą w Rethymno, którą zwiedziliśmy. Trochę zniesmaczeni brudem, cenami, tłumami turystów i napastliwymi kelnerami, bez żalu opuściliśmy to kolejne duże miasto i udaliśmy się na kemping Elizabeth. Kilka kolejnych retsin i spanie. I przyjaźń z miejscowym kotem.

Rethymno

Dzień 13

Ten przedostatni już dzień zostawiliśmy sobie na zwiedzenie Moni Arkadiou, dotarcie do Herkalionu i jego zwiedzenie, a także obejrzenie portu oraz naprawdę interesującego muzeum archeologicznego. Późnym popołudniem raczej przypadkiem trafiliśmy do rewelacyjnego Cretaquarium, gdzie zobaczyliśmy całe stada morskich stworzeń ;-)

Wieczorem powrót na znany już kemping Crete.

Moni Arkadiou

Crete / Kreta 2009

Dzień 14

Chyba żadna wycieczka na Kretę nie może się obyć bez zwiedzenia Knosos, dlatego też wczesnym rankiem, mając nadzieję na wyprzedzenie tłumów innych turystów, odwiedziliśmy ten najbardziej znany kreteński zabytek.  I wróciliśmy w okolice kempingu, aby nacieszyć się resztką naszych wakacji.

Knossos

Last sunset

Dzień 15

Rankiem ostatniego dnia spakowaliśmy się, względnie posprzątali samochód i po kilkugodzinnym plażowaniu udaliśmy się na lotnisko.

Po trzech godzinach lotu, na chłodnym i deszczowym katowickim lotnisku zostaliśmy odebrani przez rodziców i dostarczeni do ich domu, skąd późnym niedzielnym popołudniem dotarliśmy do Krakowa.

Przydatne informacje

Po wylądowaniu nieco zszokowały nas naprawdę wysokie ceny – potęgowane dodatkowo przez słaby kurs złotego. Dlatego aby uniknąć podobnego zaskoczenia proponujemy liczyć się z faktem, że obiad w tawernie dla dwóch osób to wydatek około 20€. Kreteńczycy raczej nie jadają zup, dlatego do dania głównego warto zamówić sałatkę grecką z dwoma talerzami (podpatrzyliśmy Greków) i to od niej rozpocząć posiłek. Co do samodzielnego żywienia – staraliśmy się na przemian jadać w tawernach i samodzielnie przygotowywać jedzenie – mięso i sery są naprawdę dużo droższe niż w Polce, dlatego żeby uniknąć szoku proponujemy zakupy na targowiskach. Polecamy zakup warzyw, które często sprzedawane były po cenach niższych niż w Polsce.

Kilka zdań o wynajmowaniu samochodu. Były to nasze pierwsze wczasy, podczas których zdecydowaliśmy się na wynajem samochodu. Troszkę przestraszeni brakiem samochodów szukanej klasy w kilku znalezionych w sieci wypożyczalniach – zdecydowaliśmy się na wynajem w polsko-greckiej firmie. Ogólnie szukając trochę więcej w sieci i rezerwując nieco wcześniej, można było spokojnie zaoszczędzić jakieś 20€ (obiad); jeśli lądowanie w Iraklio jest planowane dosyć późno lepiej mieć już zarezerwowany samochód. Nie mieliśmy takiej potrzeby, jednak z tego co widzieliśmy na miejscu, w nocy byłoby naprawdę trudno wynająć jakiś pojazd. Co do samej jazdy po kreteńskich drogach to trzeba się niestety przygotować na  nieco szokujące drogowe zwyczaje – ogólnie miejscowi prowadzą samochody jak szaleni, przy każdej możliwej okazji nadużywając klaksonu – w miastach robi się naprawdę nerwowo, a szalejące z każdej strony skutery naprawdę nie ułatwiają misji dotarcia bezpiecznie z punktu A do punktu B. Radzimy uważać, ale też nie martwić się na zapas – po kilku dniach spędzonych w trasie udało nam się przyzwyczaić i poruszaliśmy się dosyć swobodnie. Pomijając tych drogowych szaleńców, jeździ i parkuje się naprawdę przyjemnie – większość znaków nie jest respektowana (z wyjątkiem STOP-ów), a podczas całej naszej wyprawy nie widzieliśmy ani jednego „radaru”, ani też zablokowanego koła…

Mapę samochodową Krety udało nam się bez problemu kupić w jednym z krakowskich Empik-ów. Co do przewodników wybraliśmy dwa i oboje stwierdziliśmy, że były to naprawdę dobre wybory. Kupiliśmy przewodnik „Kreta” wydawnictwa Pascal, który jak to z Pascal-em zwykle bywa naprawdę nas nie zawiódł – idealny przewodnik do tworzenia listy rzeczy do odwiedzenia – prosto, czytelnie i naprawdę przyjemnie napisane. Kolejny wybór padł na angielskojęzyczny przewodnik „Crete” wydawnictwa Lonely Planet. Wydawnictwo to zachwalane przez kilku znanych podróżników cieszy się naprawdę rewelacyjnymi komentarzami w sieci i wierzcie lub nie – z czystym sumieniem możemy napisać, że ten niebieski przewodnik jest absolutnym „musisz mieć” na greckiej wyspie. Dobrze opisane wszystkie możliwości noclegów/jedzenie/transportu/dostępu do internetu/rozrywki podzielone w/g kategorii cenowych – naprawdę przydatna sprawa w większych miastach. Zwięźle, ale ciekawie opisano też najważniejsze Kreteńskie miejsca godne uwagi, a także większość znaczących wiosek, przez które było nam przejeżdżać. Dzięki temu przewodnikowi kilka razy zjedliśmy obiad w tawernach nieco oddalonych od turystycznych szlaków, ale za to tanio i jak się nam wydaje, naprawdę „domowo”. Jako ostateczną zachętę do zapoznania się z tymi przewodnikami dodam, że w jednej z takich tawern  przewodniki tego wydawnictwa zauważyliśmy na dwóch innych stolikach ;-)

Noclegi – w ramach akcji „cost saving”, a także jako iż lubimy kempingowe życie, nastawiliśmy się na spanie pod namiotem. Noclegi kosztowały nas śrenio 20€, a kempingi prezentowały się naprawdę różnie, przy czym nawet najlepszemu z nich daleko pod względem standardu było do znanych nam z Chorwacji. Południowa natura to południowa natura, nie muszę chyba dodawać z czym to się wiąże. Osoby, które namiotowania nie lubią ucieszy pewnie informacja, że z dala od turystycznych szlaków (i morza) można spokojnie wynająć pokój z aneksem kuchennym za 25€-35€; nasz najdroższy nocleg kosztował nas 45€, ale po otwarciu okna widzieliśmy morze, do plaży było… 10 metrów, a i w okolicy naprawdę nie było nic tańszego.

No i ostatnia, ale jakże ważna na wakacjach garstka pożytecznych informacji. Alkohol jak większość rzeczy nie był tani, z racji spożywanych ilości  ograniczaliśmy się raczej do lokalnych win (polecamy retsinę), lokalnego piwa (Mythos) oraz Metaxy (która była droższa niż w Polsce!). Wódki nie kupowaliśmy, ale ogólnie też była dosyć droga. Ogólnie, gdy siedzi się na plaży, obserwuje zachodzące słońce i moczy nogi w morzu, zwyczajne „niskopółkowe” wino typu „stołowe” gwarantuje tanią i przyjemną zabawę. Alkohol, jaki kupowaliśmy w tawernach też ograniczał się do piwa i wina – piwo średnio około 2.5€ (najdrożej 2.5€ za 0.3l) za piwko i 4-5€ za karafkę wina (na 2 osoby).

Na koniec garść przydatnych/ciekawych liczb związanych z naszymi wakacjami:

  • 7kg miał zakupiony przez Basię „niewielki arbuz” (~4€)
  • 1600km przejechaliśmy „naszym” autkiem (po drogach często gorszych niż nasze szutrowe)
  • 1.1€ średnia cena chleba
  • 1.15€ średnia cena litra PB98
  • 20€ średnio płaciliśmy za kemping (2 osoby + namiot + samochód)
  • +1h różnica czasu w Grecji
  • 2.5 h lecieliśmy z Katowic do Heraklionu
  • 4 Coca-Cole (2l) musieliśmy kupić, żeby zdobyć dwa komplety promocyjnych sztućców – niech żyje sprytne pakowanie ;-)
  • 1€ kosztowała mała butelka (0.5l) lokalnego wina retsina
  • 24€/d. prawie tyle kosztowało nas wynajęcie samochodu
  • 2-2.5€ średnio płaciliśmy za kawę Frappe – bardzo popularną wśród mieszańców Krety
  • 4-10€ /os. płaciliśmy za wstępy do muzeów, na stanowiska archeologiczne
  • 20kg/os. bagażu mogliśmy ze sobą zabrać
  • ~550zł/os. kosztował na bilet w jedną stronę WizzAir-em na trasie Katowice-Iraklio
  • 4€ kosztowało nas 15 minutowe opalanie na jednych z plaż; człowiek kasujący za leżaki wyłonił się „spod ziemi”, nie dając nam najmniejszych szans na ewakuację ;-)
  • 0€ kosztowały nas dwa noclegi na opuszczonym kempingu w Matali

Podawanie całościowego podsumowania cenowego chyba nie ma sensu, dlatego jeśli ktoś jest zainteresowany podobnym wypadem i chciałby wiedzieć ile dokładnie na co wydaliśmy kasy oraz na jaki wydatek za całą wyprawę się przygotować — zapraszamy do kontaktu, postaramy się doradzić.

Podsumowanie

Co tu więcej pisać!? Wakacje udane jak mało które, wszystko odbyło się zgodnie z planem. Kreta jest naprawdę doskonałym miejscem docelowym na wyprawy typu „road-trip” – polecamy ją wszystkim, jednak jeszcze raz zalecamy unikanie większych miejscowości turystycznych oraz radzimy przygotować się na dosyć spore wydatki.

Na zakończenie, filmik z symulowanego lądowania w Iraklio – zdecydowanie nie jest to najlepsze podejście w historii, jednak cieszy to, że kilka tygodni temu przeżyliśmy to samo w rzeczywistości (no może tylko w mniej gwałtownym wydaniu) ;-)