Miasto Aniołów
wpisane do inne, wycieczki dnia mar.07, 2009
Po 16 godzinach lotu, przesiadce w Monachium i pospiesznym błądzeniu po niemieckiej ziemi w poszukiwaniu zagubionej grupy Wikingów, znalazłam się ponownie w Ziemi Obiecanej (innymi słowy – USA). Tym razem spotkanie z urzedem imigracyjnym i grupa celna przebieglo bez wiekszych emocji z mojej strony, a widok amerykańskiej ziemi nie był już tak wstrzasajacym przezyciem. Byc moze dlatego tez pierwsze wrazenia dotyczace Los Angeles i okolic były zdecydowanie lepsze, niz podczas wizyty w Nowym Jorku. Nic dziwnego zreszą… Palemki! Plaża! Słońce! i wreszcie… Ocean!

Przede wszystkim rzuca sie w oczy czystosc i uroda bulwarow i ulic (panowie odkurzajacy trawniczki, narodowosci przewaznie meksykansko – filipinskiej, sa tutaj na porzadku dziennym), poludniowa architektura i wielgachne palmy poutykane wszedzie, gdzie tylko sie da. Jedna taka, wyjatkowo nachalna, mieszka za oknem mojego pokoju i co rano budzi mnie zlosliwie uciazliwym pukaniem, probujac sie dostac do srodka. Pogoda cudna, sloneczko i biale baranki, aczkolwiek negatywnym zaskoczeniem okazal sie zimny wiatr, ktory nawet w pogodny dzien daje sie dosc dobrze we znaki (a wiec bez kurtki ani rusz). Z dobrych wiadomosci – od Disneylandu dzieli mnie 50 metrow (wystarczy przejsc na druga strone ulicy), plaza Santa Monica ledwie o krok (aczkolwiek jeszcze nie bylam i Pacyfik nadal pozostaje dla mnie nieodgadniona tajemnica), a jedzenie jak zawsze – smaczne i w ilosciach straszliwych. Dzieki uprzejmosci towarzyszy podrozy daje sie tez wykroic nieco czasu na zwiedzanie i zakupy. A poza tym – same targi sa niesamowite. Po dwoch dniach nadal nie zdolalam dotrzec do konca hali wystawowej. Dzisiaj przedzieralam sie przez dzial produktow organicznych, co sprowadzalo sie do pochlaniania kazdego dziwactwa, jakie spotkalam na swojej drodze. Wiem juz zatem jak smakuje baton odzywczy (nie polecam – jesli juz kogos bardzo ciekawi, wystarczy kupic kolbe dla chomikow, a wrazenia beda mniej wiecej podobne), ciasteczka czekoladowe niskokaloryczne prosto z pieca, owoce sosny pakistanskiej, ser cheddar popijany czerwonym kalifornijskim winem i sokopodobny napoj wzbogacany milionami bakterii (a fe!). Poza tym cwicze sie w nierozumieniu norweskiego, jak to przystalo na wyjazd z mieszkancami dalekiej polnocy, probuje kuchnie roznych smakow (steki w Morton’s – pyyycha!) i tesknie troche za domkiem. Mimo wszystko jednak z cala pewnoscia musze przyznac racje tym, ktorzy uznaja Kalifornie za najlepsze do zamieszkania miejsce na Ziemi – rzeczywiscie nie jest tu zle. Jedynym minusem jest fakt, ze nie spotkalam jeszcze ani Brada Pitta, ani Toma Cruise, ani nawet Myszki Miki – jakby sie zmowili! Poza tym zapomnialam kabelka do aparatu w domu, wiec zdjecia wrzuce dopiero kiedy sie o taki kabelek wzbogace. Mam nadzieje, ze niedlugo…








Marzec 23rd, 2009 o 23:33
A ja tu dzownie do kolegi inżyniera a tu prosze trip do USA ‘the greatest country in the world’.
A tym pieknym krajem jest jak z Rzeszowem kto w nim nie był przegrał życie.
Marzec 24th, 2009 o 06:58
Heheheh no niestety, w Rzeszowie jeszcze nie bylam – trzeba nadrobić! A co do ‘the greatest country…’ – mam nadzieje, ze nastepnym razem kolega inżynier pojedzie z żoną
Marzec 24th, 2009 o 22:47
… do Rzeszowa wystarczy
Marzec 26th, 2009 o 11:55
Ale ze mnie lamer:) Nawet nie umiem przeczytać kto posta walnął:) Fajnie Ci Basiu USA jest cool. A twój mąż to wiekszy lamer ode mnie jak miał możlwość Ci towarzyszenia.
Marzec 26th, 2009 o 12:17
No właśnie nie miał – w tym cały szkopuł. Ale już co do Rzeszowa, to postaram się mu to jakoś umożliwić. Pewnie łatwo nie będzie, bo to wyprawa na całe miesiące, ale czego to się nie robi by uczynić męża szczęśliwym