Po 16 godzinach lotu, przesiadce w Monachium i pospiesznym błądzeniu po niemieckiej ziemi w poszukiwaniu zagubionej grupy Wikingów, znalazłam się ponownie w Ziemi Obiecanej (innymi słowy – USA). Tym razem spotkanie z urzedem imigracyjnym i grupa celna przebieglo bez wiekszych emocji z mojej strony, a widok amerykańskiej ziemi nie był już tak wstrzasajacym przezyciem. Byc moze dlatego tez pierwsze wrazenia dotyczace Los Angeles i okolic były zdecydowanie lepsze, niz podczas wizyty w Nowym Jorku. Nic dziwnego zreszą… Palemki! Plaża! Słońce! i wreszcie… Ocean! ;-)

p3090135

Przede wszystkim rzuca sie w oczy czystosc i uroda bulwarow i ulic (panowie odkurzajacy trawniczki, narodowosci przewaznie meksykansko – filipinskiej, sa tutaj na porzadku dziennym), poludniowa architektura i wielgachne palmy poutykane wszedzie, gdzie tylko sie da. Jedna taka, wyjatkowo nachalna, mieszka za oknem mojego pokoju i co rano budzi mnie zlosliwie uciazliwym pukaniem, probujac sie dostac do srodka. Pogoda cudna, sloneczko i biale baranki, aczkolwiek negatywnym zaskoczeniem okazal sie zimny wiatr, ktory nawet w pogodny dzien daje sie dosc dobrze we znaki (a wiec bez kurtki ani rusz). Z dobrych wiadomosci – od Disneylandu dzieli mnie 50 metrow (wystarczy przejsc na druga strone ulicy), plaza Santa Monica ledwie o krok (aczkolwiek jeszcze nie bylam i Pacyfik nadal pozostaje dla mnie nieodgadniona tajemnica), a jedzenie jak zawsze – smaczne i w ilosciach straszliwych. Dzieki uprzejmosci towarzyszy podrozy daje sie tez wykroic nieco czasu na zwiedzanie i zakupy. A poza tym – same targi sa niesamowite. Po dwoch dniach nadal nie zdolalam dotrzec do konca hali wystawowej. Dzisiaj przedzieralam sie przez dzial produktow organicznych, co sprowadzalo sie do pochlaniania kazdego dziwactwa, jakie spotkalam na swojej drodze. Wiem juz zatem jak smakuje baton odzywczy (nie polecam – jesli juz kogos bardzo ciekawi, wystarczy kupic kolbe dla chomikow, a wrazenia beda mniej wiecej podobne), ciasteczka czekoladowe niskokaloryczne prosto z pieca, owoce sosny pakistanskiej, ser cheddar popijany czerwonym kalifornijskim winem i sokopodobny napoj wzbogacany milionami bakterii (a fe!). Poza tym cwicze sie w nierozumieniu norweskiego, jak to przystalo na wyjazd z mieszkancami dalekiej polnocy, probuje kuchnie roznych smakow (steki w Morton’s – pyyycha!) i tesknie troche za domkiem. Mimo wszystko jednak z cala pewnoscia musze przyznac racje tym, ktorzy uznaja Kalifornie za najlepsze do zamieszkania miejsce na Ziemi – rzeczywiscie nie jest tu zle. Jedynym minusem jest fakt, ze nie spotkalam jeszcze ani Brada Pitta, ani Toma Cruise, ani nawet Myszki Miki – jakby sie zmowili! Poza tym zapomnialam kabelka do aparatu w domu, wiec zdjecia wrzuce dopiero kiedy sie o taki kabelek wzbogace. Mam nadzieje, ze niedlugo…