Ostatni miesiąc był, nie da się ukryć, pełen niespodziewanek. Zaraz po opuszczeniu pokładu samolotu z LA (jacie, ale by się chciało tam wrócić…!) zaniosło mnie w całkiem inne, zdecydowanie bardziej mroźne klimaty… Dzikiej Północy. Jednym słowem – do Oslo.

Pałac Królewski w Oslo

Powyżej – Pałac Królewski w Oslo (zwany również przez miejscowych, nie wiedzieć czemu… kurnikiem). Widzicie śnieg? ;-)

Dwugodzinny lot z Krakowa minął szybko, aczkolwiek przyniósł całekiem nowe wrażenia: po pierwsze, dotąd nie zdarzyło mi się jeszcze biec do samolotu po odprawie (ach, to moje roztargnienie.. na drugi raz bedę pamiętać, żeby sprawdzić dokłądną datę odlotu na bilecie…), po drugie – norweski angielski, jakim posługiwała się załoga nijak miał się do mojego polskiego angielskiego, więc ni w ząb nie rozumiałam czego się ode mnie oczekuje; na koniec wreszcie – Bałtyk oglądany z niecodziennej, podniebnej perspektywy wygląda zupełnie inaczej (ośmieliłabym się powiedzieć – korzystniej).Bałtyk... widok z drugiego końca

Do wyprawy przygotowałam się całkiem solidnie, upychając w walizie wszystkie swetry, ciepłe majty i rajtuzy, jakie tylko udało mi się znaleźć w szafie. Jakież zatem było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ani tu zimno, ani śnieżyca, tylko kilkanaście stopni ciepła i… słoneczko. Czyżby zatem wszędzie na świecie pogoda była ładniejsza niż w Krakowie? Skandal! – pomyślałam. Wkrótce rozwiały się też moje inne wątpliwości – Wikingowie nie biegali w hełmach i skórach zwierzęcych po ulicach, nikt mnie nie zaczepiał w celach konsumpcyjnych, wszędzie cisza, spokój, czysto… i pełna kultura. Jedzą nie małe foczki ani wieloryby (przynajmniej nie na co dzień), lecz dużo orzechów, ryb i zdrowej żywności. Pyyycha! Tylko te ceny! Ale cóż, za wyższy standard życia warto zapłacić.

Ludzie w Norwegii – bardzo pozytywni. Troche zdystansowani, ale za to mili, pomocni i uczynni. Jak to Skandynawowie mają w zwyczaju, rzadko kto tutaj okazuje uczucia w bardziej żywiołowy sposób – co dla nas, ekstrawertyków z założenia, jest trudne do pojęcia. Dlatego też bardzo się ucieszyłam, gdy na odchodnym wszystkie dziewczyny z pracy wyściskały mnie i powiedziały, że będą tęsknić. To rzadkość – stąd moje zdziwienie. Bardziej jednak zdziwił się mój szef, który popatrzył na nie jak na wariatki, a następnie skomentował z bezgranicznym zdumieniem: Cóż, widzę że bardzo dobrze poszła ci ta wizyta… ;-) No ba, ma się ten urok w końcu! ;-)

Samo Oslo – piękne. Jak Kraków – tak samo stare, rozlazłe na 30 km wszerz, bezpieczne (ich dodatkowy atut – brak Nowej Huty w okolicy). I tylko w jednym Oslo wygrywa z Krakowem – chcąc nie chcąc musiałam przyznać, że dostęp do morza jest czymś, o czym wypadałoby w przyszłości pomyśleć. Może zbudujemy kanał aż do Zatoki Gdańskiej? Albo… może przenieśmy Kraków w jakiś bardziej sprzyjający klimat… może do Kalifornii? (ona nadal, mimo wszystko, wygrywa w przedbiegach).

Powrót do polskiego deszczu i chłodu był bardzo bolesny. Właściwie to psychicznie miałam czas się nieco przygotować (dowcipni Norwegowie nie omieszkali mi przypominać co chwila, że bogowie pogody lubią ich bardziej, niż nas.. wredni!), ale zawsze – szok termiczny był potężny!

Rozbawiła mnie natomiast sytuacja na lotnisku w Krakowie (i wcześniej, w samolocie): otóż powrót w piątek wiąże się (o czym nie wiedziałam) ze spędzeniem czasu w towarzystwie kilkudziesięciu Norweżek (w wieku między 50 a śmiercią), udających się do Polski w celach… wyraźnie rozrywkowych. Po dodaniu sobie kurażu już na lotnisku Rygge, panie kontynuowały spożywanie napojów podczas podróży. Efektem był poziom hałasu zdecydowanie przekraczający unijne normy. A że większość z nich idealnie wpisywała się w stereotyp kobiety – Wikinga (czyt. 2 m wzrostu, 500 kg żywej wagi), samolot pełen był rozkrzyczanych Brunhild nieco niestabilnych emocjonalnie.

Warto w tym miejscu dodać małe podsumowanie – z podróżami to chyba jest tak, że kiedy człowiek raz zacznie, szybko się uzależnia. Chciałoby się zobaczyć i dotknąć więcej, poznać nowych, ciekawych ludzi, dowiedzieć się, jak żyją… Mam nadzieję, że okazje do tego będą się często zdarzać. Prawdą jednak jest także i to, że w domu zawsze najlepiej – i nie mam tu na myśli mieszkania w ciasnym bloku z sąsiadami poupychanymi dookoła, ale najbliższe osoby. Fajnie jest zwiedzać świat, kiedy jest się z kim dzielić wrażeniami. Dlatego też w następny rejs zabieram męża, mamusię, teściową i psa!