Ostatnio tak dużo się dzieje, że nie nadążam pozbierać myśli – a co tu dopiero mówić o pisaniu czegokolwiek. Ale od początku…

1. Odwiedziny Tonje. Long story short — wybrałam się z nią na koniki, ale jako że dla mnie zabrakło, spędziłam godzinę przedzierając się przez krzaczory i pokrzywy w spódniczce (oraz na wysokich obcasach). To się nazywa poświęcenie dla dobra firmy ;) Oczywiście, jak to zwykle z nami bywa, po dniu pełnym wrażeń wylądowaliśmy na rynku, racząc się piwkiem (przynajmniej niektórzy) i zawzięcie dyskutując o próbach założenia firmy na ziemi kubańskiej. Do 4 rano. Dzień jak co dzień.

Buszująca w zbożu ;)

2. No i stało się. Z dziewczyny z przyszłością (mroczną co prawda, ale zawsze…) powoli zmieniam się w mężatkę po przejściach. W dodatku dwudziestopięcioletnich. Nie jest dobrze. Pocieszam się jednak myślą, że naszym rodzicom jest znacznie gorzej. Mieć takie stare dzieci…

3. Z rozpaczą i zniecierpliwieniem odliczamy upływające dni tego tygodnia. Z rozpaczą – bo strasznie wolno płyną. A zniecierpliwienie… Bo już w sobotę – początek urlopu. Ciepłe morze, gorące słońce, wino… mmm, nie możemy się doczekać. Tym trudniej przychodzi mobilizowanie się do czegokolwiek. W tym — do pracy. No i tyle trzeba pozałatwiać. Na przykład – zrobić pranie. O zgrozo, jakież to czasochłonne! I trudne! ;)

4. Przejmuję się kurzym losem. Już nigdy więcej jajek ‘trójek’… Naczytałam się gazet — to mam. Ale z drugiej strony, czy produkt od zwierza, żyjacego w klatce 21×26 cm bez dostępu do słońca i świeżego powietrza może być zdrowy? Pytanie, oczywiście, z kategorii retorycznych.

… to tylko kilka z egzystencjalnych problemów ostatnich tygodni. Poza tym – same nudy. Nic. Wszędzie nic. Nowego. Pewnie po powrocie będzie więcej materiału na istotne przemyślenia — może znajdzie się go trochę nawet na jakiś ciekawy wpis. Oby :) !