Po 13 koszmarnych godzinach lotu, ostrych turbulencjach i zatruciu sztucznym jedzeniem wylądowaliśmy. Stany – odsłona trzecia. Tym razem wyjazd trochę dłuższy, bo pożyteczne, czyli praca (targi SSW) połączone z przyjemnym, czyli zwiedzaniem. Prawdziwy road trip przez winnice Napa Valley, park Yosemitee i Dolinę Śmierci — aż do samego serca rozpusty i hazardu

Naszą ekipę pięciu eksplorerów (poszerzoną w Vegas o kilku Wikingów i paru miejscowych znajomych) dumnie otwierał mój szacowny Szef, służący za samochodową nawigację. No i byliśmy jeszcze my — czyli Basia, Torstein (kolejno: pierwszy i drugi kierowca), córka szefa i jego dziewczyna.

No i czarny Chrysler Aspen. Na 8 osób. Z przyciemnianymi szybami i automatyczną skrzynią biegów (niby nieistotny szczegół, a jednak… czułam się jak Basia-Samo-Zło).

Jak to zwykle z naszym szczęściem bywa, San Francisco przywitało nas wiatrem i… deszczem. W dodatku po raz pierwszy w życiu stanęła przede mną wizja niewpuszczenia na terytorium USA — zawiesiłam komputer. Cztery razy. Ale uff! W końcu się udało. Pan z tego wszystkiego nawet nie zapytał mnie, czy coś przemycam. No bo jak z Polski – to pewnie kiełbasę. Zawsze pytają.
Miasto – piękne. Bez dwóch zdań najładniejsza ze wszystkich widzianych przeze mnie amerykańskich metropolii. Klasyczne ‘wskakiwane tramwaje’, port, atmosfera, ogród botaniczny, ‘tęczowa’ dzielnica…. nie da się opisać. Tylko wiało okropnie no i złapałam jakąś paskudną alergię. Całe szczęście, że na owoce morza – przynajmniej już nie musiałam ich jeść
Za to pozostali członkowie wyprawy z lubością oddawali się dzikim pląsom nad talerzami krewetek (i wyrywaniem nóg biednym krabiszczom). Barbarzyńcy.

Przydrożna przyroda zaskakująca. Na przestrzeni kilkuset kilometrów (czasem nawet kilkudziesięciu) temperatura potrafła się zmieniać drastycznie : najpierw ośnieżone szczyty gór w parku Yosemitee (a my w koszulkach drżący z zimna), a już za chwilę suche piaski, kaktuso-palmy i szare krzaczki pustyni. No i czarne wdowy. Brr!
Za to Vegas – zupełnie inna bajka (pewnie pająki też były, ale pochowane skutecznie). Po kilkugodzinnej jeździe ciemnymi autostradami miasto wyłoniło się przed nami w całej okazałości. A raczej wyłoniła się nam jego główna ulica. Jedyna zresztą
Dla nas tak naprawdę (prócz feeri barw, miejscowego kolorytu i migających świateł) miasto nie oferuje jakichś specjalnych atrakcji. No bo czym się tu zachwycać — tym, że można się bawić w klubie całą noc? Że panie tańczą (w dodatku – ubrane)? No fajnie. Ale tego akurat w Krakowie pod dostatkiem. Dla miejscowych natomiast działa to wszystko na zasadzie niezwykłości – zwłaszcza dla Kalifornijczyków, których o 2 w nocy, bez względu na okoliczności, wyprasza się z pubów i barów. Ale ja nie o tym…

Trzy następne dni należy zaliczyć do kategorii ‘black jack, poker i ruletka’, ewentualnie ‘wydawanie pieniędzy na inne przyjemności’ (no bo co się będę o pracy rozpisywać – taka sama, jak zawsze). Całe szczęście, że mój budżet nie przewidywał długów hazardowych, bo to, co obstawiałam z tak zwanej ‘wspólnej puli’, przegrałam sromotnie. No cóż, ten milion dolarów widać tym razem nie był mi pisany… Trzeba się będzie wybrać w przyszłym roku.

No i na koniec – ulubiona część programu. Los Angeles i Santa Monica. Nie wiem, co jest w tym miejscu, ale… Mam do niego słabość. Może do tych wszystkich dziwaków, którzy pod byle pretekstem zaczepiają cię na ulicy? Może. No i do tego, że wszyscy zaczynaja rozmowę od pytania: A ty co robisz? Modelka czy aktorka? Ale bardziej prawdopodobne, że to magia plaży i oceanu. I zielone palmy. I 30 stopni – w listopadzie!
W każdym razie jak zwykle trudno mi było zawlec się do samolotu ze świadomością, że nasza pogoda całkiem inaczej nas przywita….

No i oto jestem. Nadal nieprzytomna. Funkcjonująca nocną porą, słaniająca się w dzień. Smutno mi troszkę, że to już koniec — ale już po cichu opracowuję niecny plan zawładnięcia jakąś willą na Zachodnim Wybrzeżu. Pracowałam tez nad szefem, zeby założył filię w Mieście Aniołów. Ale jakoś nie chce. Ciekawe, dlaczemu?
PS. Fotki tymczasowe — nadal nie udało mi się zebrać materiałów od podróżników, dostało mi się tylko parę sztuk. Ale walczę dzielnie!







Basiu Santa Monica brzmi dobrze;)myślę,że wakacje w tym miejscu mogłyby być interesujące…