Listopad
20

Po 13 koszmarnych godzinach lotu, ostrych turbulencjach i zatruciu sztucznym jedzeniem wylądowaliśmy. Stany – odsłona trzecia. Tym razem wyjazd trochę dłuższy, bo pożyteczne, czyli praca (targi SSW) połączone z przyjemnym, czyli zwiedzaniem. Prawdziwy road trip przez winnice Napa Valley, park Yosemitee  i Dolinę Śmierci — aż do samego serca rozpusty i hazardu ;)

On the road ;)

Naszą ekipę pięciu eksplorerów (poszerzoną w Vegas o kilku Wikingów i paru miejscowych znajomych) dumnie otwierał mój szacowny Szef, służący za samochodową nawigację. No i byliśmy jeszcze my — czyli Basia, Torstein (kolejno: pierwszy i drugi kierowca), córka szefa i jego dziewczyna.

Pięciu wspaniałych

No i czarny Chrysler Aspen. Na 8 osób. Z przyciemnianymi szybami i automatyczną skrzynią biegów (niby nieistotny szczegół, a jednak… czułam się jak Basia-Samo-Zło).

... i krążownik szos :)

Jak to zwykle z naszym szczęściem bywa, San Francisco przywitało nas wiatrem i… deszczem. W dodatku po raz pierwszy w życiu stanęła przede mną wizja niewpuszczenia na terytorium USA — zawiesiłam komputer. Cztery razy. Ale uff! W końcu się udało. Pan z tego wszystkiego nawet nie zapytał mnie, czy coś przemycam. No bo jak z Polski – to pewnie kiełbasę. Zawsze pytają.

Miasto – piękne. Bez dwóch zdań najładniejsza ze wszystkich widzianych przeze mnie amerykańskich metropolii. Klasyczne ‘wskakiwane tramwaje’, port, atmosfera, ogród botaniczny, ‘tęczowa’ dzielnica…. nie da się opisać. Tylko wiało okropnie no i złapałam jakąś paskudną alergię. Całe szczęście, że na owoce morza – przynajmniej już nie musiałam ich jeść ;) Za to pozostali członkowie wyprawy z lubością oddawali się dzikim pląsom nad talerzami krewetek (i wyrywaniem nóg biednym krabiszczom). Barbarzyńcy.

San Francisco nocą

Przydrożna przyroda zaskakująca. Na przestrzeni kilkuset kilometrów (czasem nawet kilkudziesięciu) temperatura potrafła się zmieniać drastycznie : najpierw ośnieżone szczyty gór w parku Yosemitee (a my w koszulkach drżący z zimna), a już za chwilę suche piaski, kaktuso-palmy i szare krzaczki  pustyni. No i czarne wdowy. Brr!

Za to Vegas – zupełnie inna bajka (pewnie pająki też były, ale pochowane skutecznie). Po kilkugodzinnej jeździe ciemnymi autostradami miasto wyłoniło się przed nami w całej okazałości. A raczej wyłoniła się nam jego główna ulica. Jedyna zresztą ;) Dla nas tak naprawdę (prócz feeri barw, miejscowego kolorytu  i migających świateł) miasto nie oferuje jakichś specjalnych atrakcji. No bo czym się tu zachwycać — tym, że można się bawić w klubie całą noc? Że panie tańczą (w dodatku – ubrane)? No fajnie. Ale tego akurat w Krakowie pod dostatkiem. Dla miejscowych natomiast działa to wszystko na zasadzie niezwykłości – zwłaszcza dla Kalifornijczyków, których o 2 w nocy, bez względu na okoliczności, wyprasza się z pubów i barów. Ale ja nie o tym…

Prawie jak Wenecja... The Venetian Hotel

Trzy następne dni należy zaliczyć do kategorii  ‘black jack, poker i ruletka’, ewentualnie ‘wydawanie pieniędzy na inne przyjemności’ (no bo co się będę o pracy rozpisywać – taka sama, jak zawsze). Całe szczęście, że mój budżet nie przewidywał długów hazardowych, bo to, co obstawiałam z tak zwanej ‘wspólnej puli’, przegrałam sromotnie. No cóż, ten milion dolarów widać tym razem nie był mi pisany… Trzeba się będzie wybrać w przyszłym roku.

Paris, Paris...

No i na koniec – ulubiona część programu. Los Angeles i Santa Monica. Nie wiem, co jest w tym miejscu, ale… Mam do niego słabość. Może do tych wszystkich dziwaków, którzy pod byle pretekstem zaczepiają cię na ulicy? Może. No i do tego, że wszyscy zaczynaja rozmowę od pytania: A ty co robisz? Modelka czy aktorka? Ale bardziej prawdopodobne, że to magia plaży i oceanu. I zielone palmy. I 30 stopni – w listopadzie! :D W każdym razie jak zwykle trudno mi było zawlec się do samolotu ze świadomością, że nasza pogoda całkiem inaczej nas przywita….

Santa Monica

No i oto jestem. Nadal nieprzytomna. Funkcjonująca nocną porą, słaniająca się w dzień. Smutno mi troszkę, że to już koniec — ale już po cichu opracowuję niecny plan zawładnięcia jakąś willą na Zachodnim Wybrzeżu. Pracowałam tez nad szefem, zeby założył filię w Mieście Aniołów. Ale jakoś nie chce. Ciekawe, dlaczemu?

PS. Fotki tymczasowe — nadal nie udało mi się zebrać materiałów od podróżników, dostało mi się tylko parę sztuk. Ale walczę dzielnie!

Bookmark and Share

Komentarz

Gravatar

Basiu Santa Monica brzmi dobrze;)myślę,że wakacje w tym miejscu mogłyby być interesujące…

Masz coś do dodania?

Uwaga: Prosimy wpisać tekst z obrazka w polu poniżej, dodatkowo informujemy, że komentarze są moderowane, dlatego czasem ich publikacja może się nieco opóźnić.