Żona kazała „coś napisać” – to piszę… Na dworze coraz cieplej, dlatego też mamy  mniejszą ochotę na spędzanie weekendów w czterech ścianach i – z tygodnia na tydzień, o ile pogoda na to pozwala – udaje nam się realizować plan poznawania świata. Ostatni weekend był… zdecydowanie jednym z najciekawszych.

Fortune teller - Krakow

Zaczęło się dosyć spokojnie: w okolicach środy udało mi się przekonać szacowną małżonkę, iż zakup shishy jest absolutnie konieczny; zabawa naprawdę fajna, tylko trzeba przygotować się na przygody z „uruchamianiem” sprzętu – szczególnie jeśli posłucha się brata (absolutne „nie” dla samorozpalających się węgielków). Problem w tym, że nie wzięliśmy pod uwagę faktu nie posiadania kuchenki gazowej. Spokojnie, po coś się w końcu studiowało, „szybka” wizyta w Decathlon-ie, Castoramie, Intersporcie, przygoda z „czuwającą sąsiadką”, mały pożar (sic!) i… już mogliśmy się delektować dymkiem – zrzucając z siebie cały stres związany z odpalaniem shishy…

Tak więc większa część poprzedniego tygodnia upłynęła nam pod znakiem słodkiej, melonowo-pistacjowej mgiełki…  zabawa zresztą przeciągnęła się na sobotę:

Po sobocie, jak zawsze, przyszła niedziela – czyli (patrząc na statystyki z lat poprzednich) pierwsze  – a dla mnie pewnie ostatnie – … bieganie.

Później, ponieważ mamy jeszcze kilka „gratisowych” wejściówek do kina, postanowiliśmy się wybrać na film;  jako iż ze sztuką filmową jesteśmy w miarę na bieżąco, wrodzona zachłanność spowodowała, że skusiliśmy się na  coś, na co w innym przypadku (czyt. całkowity brak alternatywy połączony z wygasaniem w/w wejściowek), na pewno byśmy się nie wybrali: Dziennik Nimfomanki. Krótko: odradzamy; chyba że ktoś chce się zdrzemnąć – warunki idealne, mieliśmy dla siebie praktycznie cały rząd, więc byłoby gdzie się wyprostować ;-) .

Zdruzgotani raczej miernym widowiskiem, serdecznie wynudzeni i głodni trafiliśmy do położonej niedeleko ARS-u restauracji Sakana, którą – dla odmiany – z czystym sumieniem możemy zarekomendować. Skorzystaliśmy z faktu, iż w wybranej przez nas porze lokal nie był zbytnio zapełniony i pomęczyliśmy Sushi Mastera. Udało nam się więc wzbogacić o naprawdę kilka interesujących wiadomości i faktów dotyczących zarówno Sushi, jak i ogólnie – japońskich zwyczajów. Szczerze polecamy, radzimy jednak przygotować się na nieco większy wydatek niż standardowy krakowski obiad dla dwojga. Od czasu do czasu jednak – dlaczego nie? W ramach poznawania kuchni świata jest to naprawdę miejsce warte odwiedzenia, a i Basia na miejscu pewnie mogłaby coś napisać o wyższości surowej ryby (K2) nad wszystkim innym…

I tak po tylu ciekawych wydarzeniach, wracaliśmy sobie na osiedle, gdy na horyzoncie spostrzegliśmy wielką łunę… Shishowe doświadczenia z dni poprzednich spowodowały, iż przed moimi oczami ukazała się wizja naszej fai wodnej podpalającej całe osiedle oraz sąsiadów ginących w płomieniach… Na szczęście nie musiałem długo kalkulować jakie wyroki nam grożą – dwa zakręty i pożar został przez nas ponownie zlokalizowany – tym razem na „stepie” rozciągającym się na północ od naszego osiedla. Co było robić!? – w końcu czyż nie dla takich właśnie chwil człowiek kupuje aparat?… :

Fire near my apartment

Fire near my apartment

Niech żyje oszołomstwo wypalające trawy!

I tyle, czekamy na kolejny słoneczny weekend, który dla odmiany podsumuje żona ;-)