Styczeń
1

Morgen!

Posted In: Uncategorized, praca, wycieczki, świat by Szymon

Z dużym opóźnieniem i w dużym uproszczeniu postanowiłem  opisać moje niemieckie przygody – bo tak się złożyło, że zawodowe obowiązki rzuciły mnie w ostatnich miesiącach aż trzykrotnie do naszych zachodnich sąsiadów.

W okolicach września trafiłem z krótką wizytą do BSD (firmowy skrót – pełna nazwa: CLICK). Następnie – także krótka – wizyta w Norymberdze i ostatecznie – prawie trzytygodniowy ponowny pobyt w BSD.

Nie wchodząc w szczegóły postaram się opisać nieco moich wrażeń i spostrzeżeń dotyczących Niemiec, a także ludzi (generalnie), z którymi miałem przyjemność tam rozmawiać.

Zaczynając niejako od końca, ale zarazem dając wszystkim obraz tamtejszego życia napiszę krótko: przeciętny Niemiec zarabia jakieś 3-4 razy lepiej niż przeciętny Polak, przy czym nie ma znaczącej różnicy cen paliwa oraz jedzenia. Życie co prawda jest znacznie droższe – jednak nie oszukujmy się, dużo czasu nam zejdzie, żeby dogonić “starą Europę”. (przykład: obiad w kantynie 4€; w Krakowie 11zł)

Po tym demotywującym wstępie czas na więcej szczegółów odnośnie mojej wizyty. Pierwszy pobyt w BSD była naprawdę bardzo napięty i w związku z tym nie mam żadnych poza-zawodowych wspomnień. Wizyta w Norymberdze była moją pierwszą w południowych Niemczech i dała mi do zrozumienia, na czym polega sława Bayern-u: wystarczy krótki rzut oka na pędzące autostradami samochody, żeby zrozumieć, że dotarło się do jednej z bogatszych części Niemiec (Europy) – generalnie porządne Audi/BWM nie jest wyjątkiem, z małą przesadą napisałbym, że jest raczej regułą ;-)

Napięty harmonogram nie pozwolił mi niestety na zapoznanie się z Norymbergą w dzień, jednak dwa krótkie nocne spacery (jeden z “oryginalnym” Niemcem) dały mi obraz miasta, które trzeba przyznać prezentuje się bardzo porządnie; jednak będąc szczerym, dla mnie to było wszystko jakieś takie za porządne, wręcz “plastikowe” – może fakt, iż praktycznie zostało odbudowane po WWII ma na to jakiś wpływ(!?). Nie widziałem za dużo, nie zrobiłem zdjęć – jednak śmiało mogę polecić to miasto jako cel weekendowego wypadu – choćby tylko po to, żeby spróbować słynnych norymberskich pierników na opłatku … (Zdjęcia miasta na Flickr).

Krótka wizyta w NBG, potem małe szaleństwo w pracy (wieczory i weekendy), wylot Basi do USA i kilka dni potem mój wylot do BSD. Sama wyprawa do BSD zasługuje na nieco opisania, bo jest to opowieść z cyklu “jak tego nie robić”… ;-) Generalnie założenie było proste: Basia ma lecieć do LA, ja do Niemiec, więc najlepszym rozwiązaniem będzie połączenie tych podróży – plan był dobry, jednak z przyczyn zawodowych mój wyjazd do BSD został opóźniony, a jako, że zależało mi na szybkim dotarciu do Niemiec (żeby skrócić czas kiedy Basia już jest w USA, a ja jeszcze w Polsce) – wybrałem lot z WizzAir-em do Dortmundu o 6 rano w środę (11 List.)… z Katowic.

Jednak jak to zwykle bywa – tak się ‘złożyło’,  że firmowa kolacja trafiła na wtorek, a chciałem się napić piwa z kolegami, więc wybrałem opcję dla prawdziwych twardzieli – na wspomnianą kolację wybrałem się z walizkami. Tak więc,  krótka podróż taksówką z osiedla do galerii, piwko do około 23.00, spotkanie z Tomakiem, u którego spędziłem jakieś 2h w mieszkaniu i który zawoził mnie na dworzec autobusowy w Krk (na 02.30). Wyjazd z dworca i podróż do Pyrzowic skąd o 6.00 wyleciałem do Dortmundu, potem podróż autobusem na dworzec kolejowy, pociągiem ICE do Hanoweru i pociągiem regionalnym do BSD (dodatkowa jedna przesiadka) – na miejscu około 13.00 – słowem wyprawa życia ;-)

Musiałbym napisać oddzielny akapit na temat niemieckich kolei (DB) i miernoty PKP, jednak nie zrobię tego, gdyż nic z tego nie wyniknie, a i tak wszyscy są świadomi sytuacji. Po prostu musimy poczekać, aż postkomunistyczny stwór zdechnie, a w jego miejsce pojawi się firma, która będzie rządziła się wolnorynkowymi zasadami (szczególnie dotyczy to podejścia do klienta). Dla stworzenia ogólnego obrazu powiem, że nie znając za dobrze niemieckiego (posługując się tylko j. angielskim) udało mi się przejechać kilkaset kilometrów, nie raz przekraczając przy tym 190km/h…

Trafiłem do BSD – czyli Bad Salzdefurth, niewielkiego miasteczka w Dolnej Saksonii, w którym oprócz kilku basenów termalnych, nieczynnej kopalni soli i oddziału mojej firmy naprawdę niewiele można znaleźć…  oprócz kilku dyskontów spożywczych znanych i w Polsce. Może wynika to z faktu, że już od kilku dobrych lat mieszkam w Krakowie – który nie należy do najbiedniejszych polskich miast – ale spacerując po wspomnianym miasteczku nie miałem jakiegoś wrażenia, że jest jakoś dużo czyściej/bardziej bogato niż u nas – pomijając o kilka lat młodszy średni wiek samochodów i może “świeższe” domostwa naprawdę nie zauważyłem dużej różnicy.

O ile w BSD nie było “rewelacji”, to Hannover naprawdę zrobił nam mnie wrażenie: sklepy, porządek, samochody, oznaczenia, architektura i ciekawe rozwiązania (np. podziemny pasaż handlowy) naprawdę dały mi do zrozumienia, że czeka nas sporo pracy… W Hanowerze spędziłem jedną sobotę, ale dzięki “czerwonej linii” i małemu przewodnikowi udało mi się zobaczyć znaczną część najbardziej znanych w Hanowerze miejsc, włączając w to stadion oraz słynny ratusz.

Podsumowując, mimo tego iż przez kilka tygodni nie widziałem się z żoną, to jednak jestem zadowolony, że miałem możliwość kilkutygodniowego pobytu w Niemczech. Codzienna praca z naszymi zachodnimi sąsiadami, prywatne rozmowy oraz kilometry spacerów dały mi naprawdę dobre pojęcie o tym, jak tak się żyje i jak postrzega świat statystyczny Niemiec w północnych rejonach kraju. Wnioski mam raczej optymistyczne – nie możemy mieć żadnych kompleksów – po prostu historia była dla nas mniej łaskawa (pomimo tego, że to nie my byliśmy głównymi mącicielami w XX wieku). A jak się ma ta słynna niemiecka precyzja!? – Mniej więcej tak, jak niedźwiedzie polarne w Polsce…

Bookmark and Share

Masz coś do dodania?

Uwaga: Prosimy wpisać tekst z obrazka w polu poniżej, dodatkowo informujemy, że komentarze są moderowane, dlatego czasem ich publikacja może się nieco opóźnić.